Są w historii fonografii takie tytuły, przy których każda dyskusja zaczyna się od westchnienia. Pet Sounds, Dark Side of the Moon, Kind of Blue, Thriller. Ale jest jedna płyta, która pojawia się w tych rozmowach zawsze. Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, ósmy studyjny album The Beatles, wydany 1 czerwca 1967 roku w Wielkiej Brytanii i dzień później w Stanach, od blisko sześciu dekad nie daje spokoju krytykom, muzykologom i kolekcjonerom winyli. Pytanie, które postawiłem w tytule, jest prowokacyjne z premedytacją, ale zasługuje na uczciwą odpowiedź.
Moment, w którym muzyka popularna dorosła
Żeby zrozumieć rangę Sgt. Peppera, trzeba cofnąć się do sytuacji, w jakiej znaleźli się Beatlesi pod koniec 1966 roku. Zakończyli trasy koncertowe, byli wypaleni, zmęczeni wizerunkiem „czwórki sympatycznych chłopaków z Liverpoolu”. McCartney wspominał później bez ogródek:
– Byliśmy zmęczeni byciem Beatlesami. Naprawdę mieliśmy dość tego podejścia typu »czterech małych mopheadów«. Nie byliśmy już chłopakami, byliśmy mężczyznami.
To właśnie z tego zmęczenia narodził się pomysł, na który wpadł Paul w samolocie wracając z Kenii: udawajmy, że jesteśmy kimś innym – wymyślmy zespół alter ego i nagrajmy płytę jego oczami.
– Pepper to był chyba jedyny album Beatlesów, o którym mogę powiedzieć, że to był mój pomysł – mówił McCartney po latach – To było bardzo wyzwalające. Mogliśmy robić wszystko, kiedy stanęliśmy przy mikrofonie, bo to już nie byliśmy my.
John Lennon, zawsze bardziej sceptyczny wobec pomysłów kolegi z zespołu, przyznawał później, że koncept alter ego pojawia się właściwie tylko w utworze tytułowym i w reprise, ale nie miał wątpliwości, że właśnie ten „parawan” dał zespołowi swobodę, której wcześniej nie mieli.
Efekt? Czterysta godzin pracy w studiu Abbey Road, trzynaście utworów, produkcja George’a Martina i inżynieria Geoffa Emericka, które do dziś są przedmiotem analiz w szkołach dźwiękowych. Pięć taśm, dźwięki sitar w Within You Without You, czterdziestoosobowa orkiestra w crescendo A Day in the Life, zwierzęce odgłosy w Good Morning Good Morning ułożone tak, by każde kolejne zwierzę mogło teoretycznie zjeść poprzednie. Szaleństwo perfekcji.
Głosy, których nie da się zignorować
Kiedy magazyn Rolling Stone układał swoją słynną listę 500 najlepszych albumów wszech czasów, redakcja nie owijała w bawełnę: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band został nazwany najważniejszym albumem rock and rolla, jaki kiedykolwiek nagrano, a także niedoścignioną przygodą w dziedzinie koncepcji, brzmienia, pisania piosenek, okładki i technologii studyjnej, stworzoną przez największą grupę rockową wszech czasów. Album dwukrotnie zajmował pierwsze miejsce na tej liście, zanim w edycji z 2020 roku został przesunięty na 24. pozycję (pierwsze miejsce przypadło płycie What’s Going On Marvina Gaye, a drugie Pet Sounds grupy The Beach Boys). To przesunięcie wywołało burzę i samo w sobie stało się kontrowersyjnym wydarzeniem medialnym. Sgt. Pepper’s przegrał w tym zestawieniu z dwoma innymi albumami Beatlesów: Revolver zajął miejsce 11., a Abbey Road miejsce 5. Obie płyty świetne, a nawet wybitne, ale ani jedna ani druga nie tak przełomowa jak Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band.

Profesor Kevin J. Dettmar z Oxford Encyclopedia of British Literature idzie jeszcze dalej, nazywając Sgt. Peppera „najważniejszą i najbardziej wpływową płytą rock and rolla, jaka kiedykolwiek powstała”. W 2003 roku amerykańska Biblioteka Kongresu wpisała album do National Recording Registry jako „kulturalnie, historycznie i estetycznie znaczący”. A kiedy brytyjska Official Charts Company w 2019 roku zsumowała sprzedaż, streaming i pobrania wszystkich albumów w historii brytyjskiego rynku, na szczycie przed 21 Adele i (What’s the Story) Morning Glory? grupy Oasis znalazł się właśnie Sgt. Pepper.
Brian Wilson, współzałożyciel The Beach Boys oraz producent i główny kompozytor albumu Pet Sounds, streścił kiedyś cały dialog tamtejszej muzycznej epoki w jednym zdaniu:
– Rubber Soul zainspirował Pet Sounds, który zainspirował Sgt. Peppera, co zainspirowało mnie do zrobienia Smile.
McCartney wielokrotnie opowiadał, że po pierwszym odsłuchu Pet Sounds Beatlesi byli w szoku: „O rany. To jest album wszech czasów. Co my, do cholery, mamy teraz zrobić?”. Odpowiedzią był właśnie Sgt. Pepper.
Amerykański poeta Allen Ginsberg powiedział o płycie coś niezwykle znaczącego: po apokalipsie Hitlera i apokalipsie Bomby to był „okrzyk radości, ponowne odkrycie tego, czym jest bycie żywym”. Psycholog kontrkultury Timothy Leary nazwał Beatlesów „awatarami nowego porządku świata”. Z kolei Langdon Winner pisał na łamach Rolling Stone’a, że najbliżej jedności cywilizacja zachodnia była od Kongresu Wiedeńskiego z 1815 roku właśnie w tygodniu, w którym ukazał się Sgt. Pepper. W każdym mieście w Europie i Ameryce stacje radiowe grały go bez przerwy.
Hendrix, który zagrał kawałek trzy dni po premierze
Jest jedna anegdota, która mówi o wpływie tej płyty więcej niż jakakolwiek lista sprzedaży. W niedzielę, 4 czerwca 1967 roku, zaledwie trzy dni po brytyjskiej premierze albumu, Jimi Hendrix wystąpił w londyńskim Saville Theatre, a na widowni siedzieli Paul McCartney i George Harrison. McCartney tak wracał do tamtego momentu:
– Pamiętam początek koncertu w Saville w niedzielny wieczór, 4 czerwca 1967. Jimi wyszedł, kurtyna się rozsunęła, a on szedł do przodu grając Sgt. Pepper, chociaż album wyszedł dopiero w czwartek. To był dla nas najwyższy komplement.
Nauczyć się tytułowego utworu z płyty, która ma dopiero trzy dni, a na dodatek zagrać go w obecności jego autorów to było wydarzenie. Hendrix zresztą grał Sgt. Peppera przez cały 1967 rok, aż po legendarny koncert na Isle of Wight.
Okładka, która stała się memem, zanim wymyślono memy
O samej okładce zaprojektowanej przez Petera Blake’a i Jann Haworth, z czterema Beatlesami w kolorowych mundurach przed tłumem wyciętych z tektury sław można by napisać osobną książkę. Marilyn Monroe, Carl Jung, Marlon Brando, Bob Dylan, Karol Marks, Oscar Wilde, Lewis Carroll, Edgar Allan Poe, Aleister Crowley, woskowi Beatlesi z Madame Tussauds stojący obok swoich prawdziwych, bardziej zarośniętych wersji. To nie jest okładka płyty, a raczej to manifest, że muzyka popularna może rozmawiać ze wszystkimi dziedzinami kultury jednocześnie.
A potem zaczęły się parodie, hołdy i cytaty. Frank Zappa razem z The Mothers of Invention wydali w 1968 roku We’re Only in It for the Money, którego okładka była według samego Zappy „bezpośrednim negatywem” oryginału. „Sgt. Pepper miał błękitne niebo, my mieliśmy burzę z piorunami” mówił muzyk. Co ciekawe, na okładce Zappy pozował prawdziwy Jimi Hendrix.
Przez lata artyście różnych nurtów odwoływali się do tego ikonicznego albumu w ten czy inny sposób. Jedni parodiowali okładkę, inni tytuł, a jeszcze inni konwencję płyty. The Rolling Stones odpowiedzieli jeszcze w 1967 roku swoim Their Satanic Majesties Request. The Rutles, parodystyczny zespół Erica Idle’a z Monty Pythona, nagrał Sgt. Rutter’s Only Darts Club Band. Simpsonowie sparodiowali okładkę na The Yellow Album i nawet żarty w odcinku „Bart After Dark” odwoływały się do tej płyty.


Z kolei okładka niezbyt legalnie wydanej w Szwecji i przy okazji limitowanej do 1000 sztuk płyty Sex Pistols Bad Boys też została wyprodukowana w podobnej konwencji. Pink Floyd mieli swój bootleg Lonely Hearts In Pepperland. Brytyjski artysta grafik Chris Barker użył tej samej formuły okładki Peppera, by upamiętnić gwiazdy, które zmarły w 2016 roku, a wśród nich Dawida Bowiego, Prince’a i Muhammada Ali. Najbardziej kontrowersyjnym cytatem okładki była chyba jednak ta z drugiego albumu death metalowej grupy Macabre, wydana w 1993 roku pod tytułem Sinister Slaughter, na której muzycy chicagowskiej grupy umieścili seryjnych morderców.
Na tym polega fenomen Sgt. Peppera: nie da się go sparodiować bez jednoczesnego oddania mu hołdu. Każde nawiązanie, nawet szydercze, potwierdza jego centralne miejsce w zbiorowej wyobraźni.
Zastrzeżenia, które trzeba usłyszeć
Byłbym nieuczciwy, gdybym nie przytoczył głosów sceptycznych, a te istnieją i są poważne. Grupa naukowców pisząca dla The Conversation z okazji pięćdziesięciolecia albumu zwracała uwagę, że ciągłe nazywanie Sgt. Peppera „najlepszą płytą w historii” zaciera afrykańskie korzenie muzyki i dewaluuje wszystko, co powstało później, a nasza skłonność do „fetyszyzowania przeszłości” zabiera miejsce muzyce dzisiejszych dwudziestolatków.
Jest w tym sporo prawdy. John Lennon sam po latach dystansował się od konceptu płyty, mówiąc, że poza utworem tytułowym i With a Little Help from My Friends „każda inna piosenka mogłaby być na dowolnym innym albumie”. Brian Epstein popełnił też według George’a Martina „największy błąd jego zawodowego życia”, nie włączając do albumu singla Strawberry Fields Forever / Penny Lane. Mowa tu o dwóch utworach, które wielu krytyków uważa za szczytowe osiągnięcia Beatlesów z tej sesji. Jak ja sam piszę w innym artykule na tym blogu, Sgt. Pepper ze Strawberry Fields Forever / Penny Lane byłby albumem ocierającym się perfekcję, a może wręcz perfekcyjnym. Teza może i kontrowersyjna, bo znam takich którzy na tej płycie nie zmieniliby nic.
Więc najlepsza płyta wszech czasów?
Uczciwa odpowiedź brzmi: „najlepsza” to pojęcie, które w przypadku Sgt. Peppera przestaje być użyteczne. Są płyty bardziej spójne emocjonalnie (Pet Sounds). Są bardziej radykalne brzmieniowo (Trout Mask Replica). Są bardziej wpływowe dla konkretnych gatunków (Kind of Blue dla jazzu, Straight Outta Compton dla hip-hopu). Są takie, które lepiej znoszą próbę czasu w swojej prostocie (Blood on the Tracks).
Ale żadna inna płyta nie jest punktem zwrotnym w takim stopniu jak Sgt. Pepper. To jest album, po którym muzyka popularna przestała być traktowana jako rozrywka, a zaczęła być traktowana jako sztuka. Album, po którym pojawiła się w ogóle idea, że magazyny takie jak Vogue czy Playboy mogą recenzować rock. Album, który stworzył koncept „albumu” jako artystycznej całości, a nie zbioru pojedyńczych utworów do zapełnienia dwóch stron winylu. I wreszcie album, który w czerwcu 1967 roku rzeczywiście był wspólnym językiem Zachodu na jeden tydzień, jak pisał Winner w Rolling Stone.
Dla kolekcjonera winyli, który czyta te słowa, Sgt. Pepper to coś jeszcze. To ten album, który najlepiej brzmi z oryginalnego brytyjskiego tłoczenia Parlophone PMC 7027 (mono). To płyta, na której po raz pierwszy naprawdę słychać, dlaczego warto mieć dobry gramofon. I ta cisza po ostatnim, wiszącym akordzie fortepianowym trzymanym przez czterdzieści sekund jest być może najdonośniejszą ciszą w historii muzyki rozrywkowej.
Więc czy to najlepsza płyta wszech czasów? Możemy się o to spierać, ale to jedno raczej nie podlega dyskusji: żadna inna płyta nie zmieniła definicji tego, czym płyta w ogóle może być. I dla mnie, kiedy wyciągam mój egzemplarz z półki, to pytanie w ogóle nie jest ważne (choć osobiście uważam Peppera za numer 1). Ważne jest tylko to, co dzieje się przez następne 39 minut i 52 sekundy.