Zdania fanów brytyjskiej grupy Yes są mocno podzielone jeśli chodzi o ocenę dziewiątego albumu wydanego we wrześniu 1978 roku pod tytułem Tormato. Jedni zawarty na płycie materiał uważają za mocno niedoceniony, inni z kolei za słaby lub przynajmniej niedopracowany pod względem produkcyjnym. Największe kontrowersje budzą piosenki o tematyce science-fiction („Arriving UFO” i „Circus of Heaven”) i brzmienie instrumentów klawiszowych na całej płycie. Z drugiej strony to na Tormato znalazły się dwa wielkie utwory, bez problemu mieszczące się w czołówce najlepszych kompozycji grupy. Mam tu na myśli „Onward” i „Don’t Kill The Wale”.
Jedno jest pewne, płyta została dość nieszczęśliwie wydana w roku 1978, który obfitował w dziesiątki innych świetnych płyt i głównie z tego powodu przepadła nie tylko w oczach krytyków, ale też najbardziej zagorzałych sympatyków. Dla mnie jest to jednak Yes, z jakim pierwotnie się zetknąłem, a Tormato była jedną z dwóch pierwszych płyt rocka progresywnego jakie wysłuchałem w życiu (drugą był album …And Then There Were Three… zespołu Genesis) i do dzisiaj jest na liście płyt, który są mi bardzo bliskie.
Nie ma się jednak co czarować: nikt poza moją generacją już dzisiaj Yes’u nie słucha, a nawet wśród niej tylko niewielki % ludzi urodzonych w latach 60-tych (lub nieco wcześniej) gustuje w starym dobrym rocku progresywnym. Z tego powodu nawet oryginalne tłoczenia winyli zespołu (w świetnym stanie) można dostać za bardzo przyzwoite pieniędze (40-60 zł) i niemal bez żadnego problemu. Właściciele większości komisów chętnie nawet opuszczą cenę, aby pozbyć się płyt, które nie cieszą się już dzisiaj zainteresowaniem.
Geneza, kontrowersje i pomidory
Po wielkim sukcesie płyty Going for the One, muzycy Yes postanowili kuć żelazo, póki gorące. Sesje nagraniowe do Tormato odbyły się w Londynie od lutego do czerwca 1978 roku w studiach Advision w Fitzrovia oraz RAK Studios w Regent’s Park. Atmosfera była jednak napięta od pierwszego dnia — muzycy nie mogli nawet uzgodnić miejsca nagrań: Howe i Squire chcieli zostać w Londynie, inni woleliby wrócić do Szwajcarii, gdzie z taką łatwością powstał poprzedni album.
Na początku sesji powrócił Eddy Offord — producent i inżynier niemal wszystkich wielkich płyt Yes. Opuścił jednak projekt w połowie, co zapoczątkowało serię zdarzeń, które miały zdeterminować końcowe brzmienie albumu. Zespół podjął się produkcji samodzielnie, przy pomocy inżynierów Geoffa Younga i Nigela Luby’ego. W tej sytuacji nikt nie moderował ambicji poszczególnych muzyków — Wakeman wspominał: „Nikt nie bał się powiedzieć: Jon, powinieneś zaśpiewać tę część; albo Steve, to jest kiepski riff gitarowy. Nerwowość narastała”.
Brzmienie albumu stało się przedmiotem wielu dyskusji, ale prawdziwa przyczyna jego kłopotów brzmieniowych wyszła na jaw dopiero dekady później. W 2013 roku producent Brian Kehew, pracując przy remasterze, odkrył, że Offord nagrywał z aktywnym systemem redukcji szumów Dolby A — ale inżynierowie, którzy go zastąpili, najwyraźniej o tym nie wiedzieli. Miksowali i tłoczyli płytę bez dekodowania Dolby, co spowodowało charakterystyczny, płaski i pozbawiony dynamiki dźwięk. Kiedy Kehew zastosował Dolby A do oryginalnych taśm, efekt był, według jego własnych słów, „niesamowity”. Rick Wakeman używał nowych instrumentów: Polymooga i Birotron — taśmowego syntezatora, który sam współfinansował podczas produkcji. Squire miał poczucie, że Wakeman i Howe rywalizowali w liczbie nut wciśniętych w każdy takt, co powodowało gęstą, zatłoczoną aranżację.
Nazwa i okładka mają swoją legendarną, choć nieco zawiłą historię. Yes Tor to drugie co do wysokości wzgórze w Devon na terenie Dartmoor. Kiedy Hipgnosis zaprezentował projekt okładki z sesji fotograficznej w tym miejscu, spotkał się z powszechną dezaprobatą. Wakeman wprost powiedział: „Zapłaciliśmy fortunę za grafikę, a kiedy nam ją pokazano, wszyscy zgodziliśmy się, że nas okradziono. Był to stos brązowego śmierdzącego materiału. Wziąłem pomidora i rzuciłem nim w to”. Wg innych relacji — m.in. Alana White’a — pomidorem rzucił grafik Aubrey Powell z Hipgnosis, który sam uznał projekt za nieudany. Menedżer Brian Lane mówi z kolei, że pomidory rzucało kilka osób. Tak czy inaczej, czerwona plama tak wszystkim się spodobała, że postanowili ją zostawić, a tytuł zmienili na Tormato.
Mimo mieszanych recenzji krytyków, Tormato odniosło spektakularny sukces komercyjny: dotarło na 8. miejsce na UK Albums Chart i 10. miejsce na US Billboard 200, a w ciągu dwóch miesięcy od premiery uzyskało w USA certyfikat platyny — jako pierwszy album Yes w historii. Singiel „Don’t Kill the Whale” — ekologiczny protest-song dotyczący połowów wielorybów, z pieniędzmi ze sprzedaży przekazanymi Greenpeace — osiągnął 36. miejsce na brytyjskiej liście singli. Trasa koncertowa była dla wielu fanów niezapomnianym przeżyciem: Yes grał w rotundzie — na obrotowej scenie umieszczonej na środku hali, otoczonej przez widownię ze wszystkich stron — co szef ekipy technicznej Michael Tait uznał za największe osiągnięcie scenograficzne w historii zespołu.
Był to jednak ostatni album „złotego składu” Yes z lat 70. Anderson i Wakeman opuścili grupę w 1980 roku — niemal dwa lata po zakończeniu trasy — co doprowadziło do drastycznej zmiany składu i nagrania Dramy z Trevorem Hornem i Geoffem Downесem. Napięcia, które narastały podczas sesji, Howe podsumował lapidarnie: „Byliśmy bardzo przepracowani i niedoprodukowani”.
W swojej kolekcji mam oryginalne pierwsze brytyjskie tłoczenie z 1978 roku (wytwórnia Atlantic, numer katalogowy K 50518) z piękną okładką, jedną z ciekawszych okładek albumów wydanych w roku 1978.
Okładka


Okładkę stworzyło trio designerskie Hipgnosis, które zaprojektowało kilkaset okładek płyt rockowych, m.in. dla grup Pink Floyd, Led Zeppelin, Electric Light Orchestra i Wishbone Ash. Krążek z taką obwolutą chce się mieć na półce!
Koperta na płytę


Etykiety


Matryce
Mój egzemplarz ma następujące numery matryc: E.G. STRAWBERRY S-29 K50518-A4 (strona 1) i E.G. S-10 K50518-B4 (strona 2), co według portalu Discogs jest jedną z dwóch znanych kombinacji użytych przy produkcji tej płyty.
Podziel się swoją opinią