Jest grudzień 1968 roku. W Pradze już od czterech miesięcy stacjonują czołgi pięciu armii Układu Warszawskiego. Dubček jeszcze formalnie urzęduje, ale wszyscy w mieście wiedzą, że Praska Wiosna się raczej skończyła. W sklepach brakuje rzeczy podstawowych. Cenzura wraca z dnia na dzień. A gdzieś w eleganckim biurze w Londynie, dwóch urzędników z czechosłowackiego przedsiębiorstwa handlu zagranicznego Artia podpisuje kontrakt z brytyjskim koncernem EMI. Kontrakt, który dziewięć miesięcy później zaowocuje czymś kompletnie nieprawdopodobnym: oryginalną płytą The Beatles wytłoczoną w Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej, w państwowej wytwórni z lwem trzymającym lirę w logo.
To historia, której nie da się opowiedzieć bez kontekstu, bez Ultraphonu z lat dwudziestych, bez dekretów Beneša, bez Karela Gotta, bez gramofonowych klubów i bez tej chwili, kiedy biurokracja realnego socjalizmu przez moment, na własnych warunkach, otworzyła okno na Zachód.
Od Berlina do Pragi: prehistoria znaku towarowego
Aby zrozumieć, czym był Supraphon, trzeba cofnąć się o czterdzieści lat przed Beatlesami. W 1927 roku praska firma należąca do Gustava Sušickiego, handlująca sprzętem elektrycznym, radiami i optyką, zaczęła sprzedawać gramofony Avuston produkowane przez wówczas mało znane przedsiębiorstwo Ultraphon w Amsterdamie. Dwa lata później berlińskie biuro Ultraphonu zaproponowało Sušickiemu wyłączność na sprzedaż płyt gramofonowych i tak powstała nowa spółka, Ravitas.
Brzmi to jak nudny przypis do historii biznesu i właśnie dlatego jest fascynujące. Bo cała późniejsza, monumentalna instytucja z logo lwa i liry, z Czeską Filharmonią pod batutą Ančerla, z rocznymi nakładami liczonymi w milionach, wzięła się dosłownie z importu do sklepu z lampkami nocnymi.
Praski oddział produkcyjny holdingu zarządzał fabryką płyt dla całego koncernu, drugi zakład znajdował się w Paryżu i miał moc produkcyjną 5000 płyt dziennie. Na początku lat trzydziestych niewiele instytucji w Europie Środkowej mogło się tym pochwalić.
W Czechosłowacji produkty krajowe były rejestrowane jako Ultraphon, podczas gdy na rynki międzynarodowe trafiały pod marką Supraphon. To kluczowe rozróżnienie. Supraphon to nazwa pochodząca pierwotnie od ekstrawaganckiego urządzenia odtwarzającego z dwoma ramionami i dwoma głośnikami, które wynalazł w Berlinie Heinrich J. Küchenmeister i był od początku marką eksportową. Etykietą, która miała brzmieć kosmopolitycznie i nowocześnie. Etykietą stworzoną do podróży przez granice. Z perspektywy 1969 roku to ironia, której nie da się przecenić.

W latach trzydziestych label wydawał popularnych wykonawców (R. A. Dvorský, Vlado Klemens, Josef Skupa, Karel Vacek i muzykę dętą), a także angażował się w muzykę klasyczną, jazz, swing i słowo mówione. Praga była wtedy jednym z najbardziej kosmopolitycznych miast Europy Środkowej, a Ultraphon/Supraphon jego dźwiękowym lustrem.
Nacjonalizacja: jak Supraphon stał się państwem
Wojna zmiotła wszystko. Po niej przyszły dekrety prezydenta Beneša i nowy porządek. Po II wojnie światowej, podobnie jak inne wielkie wydawnictwo czechosłowackie z czasów Pierwszej Republiki Esta, Ultraphon został znacjonalizowany w 1946 roku. Zarówno Ultraphon, jak i Supraphon używano na rynku czechosłowackim, podczas gdy produkty międzynarodowe oznaczano marką Mercury Records. Spółka Ultraphon A.S. została przemianowana na Supraphon A.S.
Logo Supraphonu, czyli „Lew z Lirą”, zostało zarejestrowane w 1949 roku. To była już nie marka eksportowa, tylko w retoryce ówczesnej władzy narodowa instytucja kultury socjalistycznej. I tak to traktowano. Supraphon dostał monopol na przemysł muzyczny w sposób, którego żaden zachodni label nigdy nie zaznał. Państwo było jednocześnie wydawcą, dystrybutorem, jedynym właścicielem fabryk i jedynym płatnikiem honorariów.
W 1961 roku nazwę zmieniono na Gramofonové závody Supraphon, a dopiero w 1969 roku uproszczono ją do samego Supraphonu. W Czechosłowacji Supraphon był jedną z trzech głównych państwowych wytwórni. Pozostałe dwie to Panton i Opus. Panton skupiał się głównie na muzyce eksperymentalnej i jazzie, a Opus z siedzibą w Bratysławie obsługiwał rynek słowacki. Ale to Supraphon był okrętem flagowym. Tym, który nagrywał Czeską Filharmonię. Tym, który eksportował. I tym, który miał kontakty z Zachodem.
Złoty katalog: Talich, Ančerl, Smetana, Dvořák

Trzeba to powiedzieć jasno: Supraphon to w pierwszej kolejności wytwórnia muzyki klasycznej i to jednej z najlepszych w Europie tamtego okresu. Archiwa Supraphonu zawierają nagrania Czeskiej Filharmonii pod batutą Václava Talicha, Karela Ančerla, Karela Šejny, Václava Neumanna i innych, a także nagrania Saši Večtomova i takich nieczechosłowackich artystów jak Sviatosław Richter, Emil Gilels, Mścisław Rostropowicz, Ida Haendel, Henryk Szeryng, Hélène Boschi czy André Gertler. To lista, na której widniej pół zachodniej śmietanki. W szczytowym momencie zimnej wojny. Jak to możliwe?
Odpowiedź jest prozaiczna: dewizy. Państwo socjalistyczne desperacko potrzebowało twardej waluty i Supraphon wraz ze swoimi nagraniami klasycznymi sprzedawanymi w Londynie, Paryżu, Tokio i Nowym Jorku był jednym z najefektywniejszych jej źródeł. Nagrania Talicha z Má vlast Smetany czy Ančerla z symfoniami Dvořáka recenzowane były w Gramophone obok wydań Decca i DG. To nie była propaganda. To była kategoria „klasa światowa”.
Pierwsze stereofoniczne płyty Supraphonu ukazały się w 1961 roku, choć nagrania w tym formacie powstawały od 1958. Najwcześniejszą stereofoniczną muzykę popularną nagrano w 1964 roku. W latach siedemdziesiątych Supraphon wydał część płyt w czterokanałowym stereo w systemie kwadrofonicznym (SQ). Od strony technicznej Czesi nie odstawali od Zachodu wcale, albo odstawali nieznacznie.
W latach 60. Supraphon posiadał kilka studiów nagraniowych w Pradze. Najstarsze z nich znajdowało się na Strahowie i służyło głównie do nagrywania albumów z muzyką rozrywkową. Kolejne, nieco nowsze, znajdowało się w Dejvicach. Płyty z muzyką mówioną powstawały w specjalistycznym studiu w Lucernie, w centrum Pragi. Muzykę klasyczną nagrywano w znakomitych pomieszczeniach Rudolfinum. W latach 70. Supraphon zbudował w Mozarteum przy ulicy Jungmannova w Pradze 1 nowoczesne studio, przeznaczone głównie do nagrywania muzyki rozrywkowej. Niektóre płyty nagrywano w Teatrze Smetany. Później, w Hrnčíře, powstało nowe studio.
Czechosłowacki big-beat i pierwsza fala

Supraphon nie bał się muzyki rozrywkowej. Wręcz przeciwnie, w latach sześćdziesiątych był głównym dystrybutorem zjawiska, które na Wschodzie Europy nazywano big-beatem. W 1965 roku wytwórnia wydała dwa single słowackiego zespołu Beatmen: „Safely Arrived” i „Break It”. Ten bratysławski kwartet, którego frontmenem był Dežo Ursiny to dla wielu czechosłowackich kolekcjonerów „lokalni Beatlesi”. Ich anglo-języczność była aktem niemal politycznym. Tak to przynajmniej można to dzisiaj postrzegać. Obok nich grali też The Matadors, którzy zdążyli wydać jedną płytę tuż przed wydarzeniami 68 roku.
Czechosłowacka kultura masowa była może najbardziej zbliżona do zachodniej spośród wszystkich krajów bloku. W Pradze 1967 roku można było kupić znacznie więcej zachodniej muzyki niż w Warszawie, Budapeszcie czy tym bardziej Moskwie. I to nie był przypadek. Praska Wiosna nie zaczęła się od Dubčeka; zaczęła się od pokolenia, które dorosło na Beatlesach. A potem przyszedł sierpień.
Sierpień 1968
W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 roku do Czechosłowacji wkroczyło około pół miliona żołnierzy Układu Warszawskiego, w tym wojska radzieckie, polskie, węgierskie, bułgarskie i wschodnioniemieckie. Skutki dla muzyki były niemal natychmiastowe. Inwazja Sowietów na Czechosłowację w nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 roku miała tłumiący wpływ nie tylko na politykę i literaturę, ale też na scenę rockową. Zespołom rockowym kazano przerzucić się na łagodny pop z optymistycznymi tekstami albo zamknąć działalność.

Część muzyków uciekła. Jesienią 1968 roku niektórzy muzycy The Matadors wyjechali, by dołączyć do produkcji musicalu „Hair” w Monachium; pozostali założyli lub dołączyli do nowych zespołów, takich jak Blue Effect (Modrý Efekt). Anglojęzyczne teksty stały się podejrzane. Długie włosy stały się podejrzane. Przez rok lub dwa nikt nie wiedział, gdzie postawione zostaną nowe granice.
I właśnie w tej ciemnej, dezorientującej, „jeszcze nie wiadomo jak będzie” atmosferze późnej jesieni 1968 roku ktoś z dyrekcji Artii spakował teczkę i poleciał do Londynu.
Artia: monopolista, którego nikt nie zna
Aby zrozumieć, dlaczego umowa grudniowa była w ogóle możliwa, trzeba znać Artię. To jedna z najmniej opisanych, a zarazem najważniejszych instytucji socjalistycznej Czechosłowacji.
PZO Artia było rządowym przedsiębiorstwem z czasów zimnej wojny w Pradze, najbardziej znanym z wydawania książek z bajkami dla dzieci. PZO (cz. Podnik zahraničního obchodu, dosłownie „Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego”) Artia zostało pierwotnie założone jako spółka akcyjna do importu i eksportu dóbr kultury, lecz w 1953 roku przekształcone w PZO jako czechosłowacki monopolista w handlu kulturą.
Artia była jednym z około czterdziestu PZO, wyspecjalizowanych przedsiębiorstw, które miały monopol na handel zagraniczny w swoich sektorach. Skoda eksportowała maszyny przez Strojexport, broń szła przez Omnipol, a wszystko, co miało okładkę i nuty właśnie przez Artię. Oprócz książek Artia zajmowała się też eksportem czasopism, muzyki, płyt, gramofonów, dzieł sztuki, znaczków pocztowych, monet, pomocy dydaktycznych, antyków, czeskich granatów, srebrnej biżuterii, sztuki ludowej i produktów kartograficznych.
W praktyce wyglądało to tak: jeśli Supraphon chciał wysłać sto tysięcy egzemplarzy Má vlast do Niemiec Zachodnich, robił to przez Artię. Jeśli chciał kupić matryce czy licencję od EMI to również robił to przez Artię. Wytwórnia nie miała własnego działu handlu zagranicznego. Nie miała własnych kont dewizowych.
Artia była więc nie tylko biurem podróży i wydawnictwem. Była tym, czym w Polsce byłby Pewex, Polskie Nagrania i Centrala Handlu Zagranicznego w jednym. Z wszystkimi tego konsekwencjami, dobrymi (kompetencja, znajomości, doświadczenie negocjacyjne) i złymi (powolność, kontrola partyjna, naturalna ostrożność). I to właśnie dlatego urzędnicy Artii, a nie Supraphonu, pojechali w grudniu 1968 do Londynu.
Londyn, grudzień 1968: kontrakt, który nie powinien był się wydarzyć
W grudniu 1968 roku, cztery miesiące po inwazji, kiedy w Pradze trwała już cicha, dwuznaczna „normalizacja”, przedstawiciele Artii podpisują w Londynie z koncernem EMI umowę licencyjną. Daje ona Supraphonowi prawo do wydawania na terenie Czechosłowacji wybranych płyt z katalogu EMI, w tym również Beatlesów.
Na zdjęciu powyżej wycinek z brytyjskiego dziennika z fotografią, na której uwieczniono moment podpisania tego kontraktu. To było zaskakujące wydarzenie. Z jednej strony Moskwa wkroczyła, by wytłumić wszelkie zachodnie odchylenia; z drugiej czechosłowacka biurokracja, która była częścią tego samego systemu, w tym samym roku zawiera kontrakt wprowadzający na rynek krajowy największy symbol zachodniej kultury popularnej.
Jak to się stało? Trzy wyjaśnienia, każde częściowo prawdziwe.
Po pierwsze, dewizy w drugą stronę. EMI sprzedawała Supraphonowi licencję, a Supraphon sprzedawał EMI swoje nagrania klasyczne. Były to umowy wymienne, a w obrocie międzynarodowym tej skali zawsze chodziło o saldo. Czechosłowacja od lat eksportowała Talicha i Ančerla na Zachód; teraz dostawała w zamian Beatlesów. Z punktu widzenia ministerstwa handlu zagranicznego była to czysto buchalteryjna transakcja, której nie trzeba było konsultować z aparatem ideologicznym.
Po drugie, biurokratyczna inercja. Negocjacje z EMI musiały trwać dobrych kilka miesięcy. Prawdopodobnie zaczęły się jeszcze przed inwazją sierpniową w okresie, gdy Praska Wiosna otwierała Czechosłowację na zachodnie kontakty kulturalne. Do grudnia 1968 były już na finiszu. Anulować je teraz oznaczałoby przyznać, że coś się zmieniło, a tego nowa władza w pierwszych miesiącach normalizacji bardzo nie chciała przyznawać. Łatwiej było podpisać i zobaczyć, co wydarzy się dalej.
Tak czy siak, kontrakt został podpisany. Maszyna ruszyła. I dziewięć miesięcy później, we wrześniu 1969 roku, w praskich tłoczniach Supraphonu ukazała się płyta, której fizyczne istnienie wciąż wprawia kolekcjonerów w lekkie zdumienie.
Wrzesień 1969: A Collection Of Beatles Oldies
A Collection Of Beatles Oldies (But Goldies) to kompilacja wydana pierwotnie przez Parlophone w grudniu 1966 roku, w okresie między Revolverem a Sgt. Pepperem. Z punktu widzenia praskich decydentów to była najbezpieczniejsza możliwa pozycja z katalogu Beatlesów. Sami przebojowi „bezpieczni” Beatlesi ery 1962-1965, bez psychodelii, bez politycznych kontekstów, bez Hindusów. Klasyka, która już była klasyką. „Help!”, „Yesterday”, „Day Tripper”, „We Can Work It Out”, „I Feel Fine”.
Płyta nie trafiła do otwartej sprzedaży w sklepach, a przynajmniej nie w pierwszym rzucie. Była dystrybuowana przez Gramofonový klub (Klub Gramofonowy), czechosłowacki odpowiednik zachodnich klubów wysyłkowych, ale z dodatkową cechą: członkostwo było w pewnym sensie filtrem. Klubowicze byli zarejestrowani, znani, kupowali katalogowo, na zamówienie. To pozwalało dystrybuować tytuł politycznie wrażliwy bez wpadania na rafy oficjalnego, masowego rynku detalicznego. Tak wyglądał kompromis biurokratyczny w wydaniu czechosłowackim.


Supraphon wydał płytę w dwóch wersjach: mono i stereo, co już samo w sobie było ekstrawagancją wobec realiów rynku CSRS. Koperta dla obu wersji była identyczna, z oryginalnym brytyjskim designem Davida Christiana, uzupełnionym o logotypy Supraphonu i Klubu Gramofonowego. Na odwrocie dodano „Edice pop-music Gramofonového klubu”. Dołączono też rozkładaną wkładkę z komentarzami do każdego utworu: krótkimi, ale kompetentnymi tekstami bezimiennego praskiego krytyka, który dostał zlecenie, by wyjaśnić czechosłowackiemu klubowiczowi, dlaczego „Yesterday” jest istotne.
A w samej płycie kryje się jeszcze kilka szczegółów, mogących zainteresować kolekcjonerów. Pierwsza partia pojawiła się z „błędnymi” etykietami, na których zabrakło podwójnego logo Parlophone / Supraphon. Wkładka z tekstami jest dość cennym artefaktem, bo w 90% dostępnych na rynku używanych egzemplarzy już jej nie ma. Co ciekawe, wersja mono została wykonana poprzez konwersję ze stereo z pominięciem oryginalnego mastera z 1966. To wszystko jest materiał na osobny tekst i osobny tekst już powstał: „Supraphon 0 13 0599 / 1 13 0599 przewodnik dla twardych kolekcjonerów”. Jest on dostępny na tym blogu.
„Drugi” — i co to znaczy
To jest moment, w którym warto zatrzymać się przy frazie, która często powtarza się w opisach tej płyty: „drugi album The Beatles wydany w bloku wschodnim przed listopadem 1989 roku”. Co to dokładnie znaczy?
Pierwszy był sowiecki. Wytwórnia Mełodija w 1967 roku wydała kompilację o tytule Vokalno-instrumentalnyj ansambl Bitlz i to wydanie ma swój własny, równie fascynujący kontekst (formuła „zespół wokalno-instrumentalny” była biurokratycznym fortelem, by nie nazywać Beatlesów wprost zespołem rockowym). Ale była to płyta typu podborka, czyliwybór, kompilacja, częściowo nielegalna w stosunku do oryginalnych masterów.
Wydanie Supraphonu z 1969 roku było czymś innym: pierwszą w bloku wschodnim oficjalną, licencjonowaną przez EMI płytą Beatlesów wydaną na podstawie pełnoprawnej umowy międzynarodowej. Stąd jego specjalna pozycja w hierarchii wschodnioeuropejskich wydań.
I dlatego właśnie album ten jest bardzo trudny do znalezienia w stanie kolekcjonerskim. Płyta był niestety umieszczono przez producenta w słabej kartonowej kopercie i znalezienie egzemplarza w stanie NM to jak szukanie igły w stogu siana. Słaba kartonowa koperta to typowa cecha bloku wschodniego, żwiązane z oszczędnością surowca, w tym przypadku celulozy. To, co u Parlophone’a było laminowanym, błyszczącym kartonem, w Pradze 1969 było cienką tekturą o bardzo słabej jakości, która po 80 latach nie ma prawa być w stanie NM.
Co było potem
Oldies But Goldies nie był jednorazowym wybrykiem. Umowa z EMI obowiązywała dalej i Supraphon ją wykorzystywał, choć ostrożnie i z dużymi przerwami. W 1972 wyszła Abbey Road, w wersji mono i stereo. Później pojedyncze tytuły solowe i kompilacje. Osobiście mam w swojej kolekcji stereofoniczną kopię Oldies z czerwoną etykietą Supraphonu (egzemplarze mono miały etykietę niebieską) oraz kopię Abbey Road z niebieską etykietą (używaną w egzemplarzach z 1972 roku; reedycja z 1976 miała już etykietę pomarańczową).
Tamte wydania też mają swoje historie. Abbey Road z 1972 roku ukazało się trzy lata po inwazji, w okresie, w którym Husak już ostatecznie zacementował normalizację, a Karel Gott został oficjalnym głosem reżimu. To, że Abbey Road pojawia się w tym kontekście i to z pełną książeczką z tłumaczeniami tekstów jest prawie tak samo zaskakujące jak pojawienie się składanki Oldies w 1969 roku.
W całym okresie 1969-1989 Supraphon wydał stosunkowo niewiele tytułów Beatlesów i ich solowych projektów. Ale każdy z nich jest dziś dla kolekcjonera kawałkiem historii. Nie tylko muzyki, ale też historii biurokracji, zimnej wojny, kompromisów, tego dziwnego momentu, w którym państwo socjalistyczne uznaje, że John Lennon nie zagraża jego stabilności.
Po 1989
W okresie postpragowej normalizacji to Supraphon produkował większość płyt w Czechosłowacji. Wytwórnia uzyskała niezależność od państwa po Aksamitnej Rewolucji i wydawała dorobek wielkich nazwisk muzyki klasycznej, jak Czeska Filharmonia, oraz gwiazd popu, jak Karel Gott i Lucie Bílá.
W styczniu 2025 roku Sony Music Entertainment ogłosiło przejęcie Supraphonu. Lew z lirą trafił do globalnej korporacji. Ale archiwa pozostały i nowy właściciel kupił właśnie to: katalog, historię, nazwę.
– Sony Music Entertainment było zainteresowane Supraphonem ze względu na to, jakim labelem jest, ze względu na jego unikalność w świecie muzyki, na tytuły, które wydaje, i na to, jak się prezentuje i jest doceniany przez świat. Myślę, że oczekuje się od nas, że będziemy nadal robić to, co robimy najlepiej – powiedział Matouš Vlčinský z Supraphonu w rozmowie z Radio Prague International.
Coś w tym jest. Bo Supraphon pomimo całej swojej socjalistycznej, znacjonalizowanej, monopolistycznej historii nigdy nie był tylko biurokracją. Najlepszym przykładem jest właśnie kontrakt podpisany w Londynie przez urzędnika Artii, dzięki któremu we wrześniu 1969 czechosłowacki nastolatek mógł kupić w klubie wysyłkowym płytę z fotografią Beatlesów na okładce.
W dzisiejszej epoce niekończącego się streamingu trudno tę wagę zrozumieć, ale w 1969 roku w Pradze okazja na zaopatrzenie się w taką płytę to było coś.
