W historii niemieckiej branży rozrywkowej lat 60. nie brakowało aktorów, którzy próbowali swoich sił przed mikrofonem w studio nagraniowym. Większość z nich – jak Peter Alexander czy Joachim Fuchsberger – budowała na tym trwałe kariery. Christian Wolff, młody amant powojennego kina, obrał jednak inną drogę. Zostawił po sobie tylko jeden winylowy ślad – czarny krążek o numerze katalogowym Polydor 24 432, który znalazłem w pudle z darmowymi niechcianymi płytami w sklepie z winylami w Rydze na Łotwie. Singiel z charakterystyczną pomarańczową etykietą Polydoru pozbawiony był okładki, ale moją uwagę zwróciła jego wizualna jakość – wydał się niemal w ogóle nie grany. Pewno nie przypadł do gustu kupiony może przez przypadek i na ponad 60 lat wylądował na czyjejś półce. Nie miałem pojęcia kim był wykonawca, ale zabrałem płytkę ze sobą. Nie miałem pojęcia, że za egzemplarz w dobrym stanie można wziąć nawet 20 euro lub więcej.
Poszperałem w archiwach i dowiedziałem się, że zanim Christian Wolff został „leśniczym narodowym” Niemiec w serialu Forsthaus Falkenau, był młodym gniewnym, który – zgodnie z ówczesnym dyktatem producentów – musiał sprawdzić, czy jego urok osobisty przełoży się na sprzedaż płyt. W tym przypadku się nie przełożyła i singiel, o którym tu mowa był jego jednym wydawnictwem muzycznym.
Pomiędzy Jamesem Deanem a winylowym debiutem

Przełom lat 50. i 60. w RFN to era „Halbstarken” – młodych, zbuntowanych chłopców w skórzanych kurtkach. Christian Wolff, dzięki roli w kontrowersyjnym filmie Anders als du und ich, stał się ich twarzą. Wytwórnie płytowe, na czele z gigantem Polydor, masowo rekrutowały przystojnych aktorów, by zaspokoić głód nastoletniej publiczności, tzw. Backfisch-Publikum. Christian Wolff, urodzony w 1938 roku w Berlinie, był kandydatem idealnym. Po głośnych rolach w filmach takich jak wspomniany Anders als du und ich (1957) czy Precocious Youth, uchodził za niemiecką odpowiedź na Jamesa Deana – wrażliwego, zbuntowanego, ale nienagannie ubranego młodzieńca.
W 1961 roku, będąc u szczytu popularności jako gwiazdor ekranu, Wolff wszedł do studia nagraniowego w Hamburgu. Cel był jasny: stworzyć przebój, który połączy kinowy urok aktora z radiowym potencjałem modnych wówczas orkiestrowych aranżacji.
Złoty dotyk Bert Kaempferta
To, co wyróżnia singiel Wolffa na tle dziesiątek innych aktorskich prób, to nazwisko producenta i aranżera. Za brzmienie krążka odpowiadał nie kto inny jak Bert Kaempfert – legenda światowego jazzu i popu, człowiek, który wkrótce miał napisać „Strangers in the Night” dla Franka Sinatry. To nazwisko nadaje tej płycie historyczny ciężar. Kaempfert stworzył dla Wolffa aranżacje, które dziś brzmią jak definicja „szlachetnego schlagru”.
Dwie strony medalu: „Komm doch mit” i „Einsame See”
Singiel jest podręcznikowym przykładem muzyki tamtej epoki, ale z zaskakująco wysoką jakością wykonania.


- Strona A: „Komm doch mit” – Energiczny, optymistyczny utwór utrzymany w tempie marszowego foxtrota. Wolff śpiewa tu głosem ciepłym, nieco zachrypniętym, prawie jak Dean Martin. Piosenka była promowana jako motyw z filmu (często kojarzona z produkcją Am Sonntag will mein Süßer mit mir segeln gehn), choć sam tytuł „Komm doch mit” funkcjonował w tamtym czasie raczej jako hasło reklamowe nowej fali niemieckiego kina rozrywkowego.
- Strona B: „Einsame See” – To tutaj słychać geniusz Kaempferta. Melancholijna ballada o samotności na morzu, przesycona echem i miękką sekcją dętą. Wolff nie próbuje tu być operowym śpiewakiem; jego interpretacja przypomina raczej aktorską melorecytację, co czyni utwór intymnym i wiarygodnym.
Mimo wsparcia potężnej machiny Polydoru i talentu Kaempferta, singiel nie wywrócił list przebojów do góry nogami. Christian Wolff, w przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu, nie czuł parcia na karierę estradową. W wywiadach z tamtego okresu rzadko wspominał o swoich muzycznych ambicjach, traktując nagranie raczej jako jednorazową przygodę wpisaną w kontrakt filmowy niż początek nowej drogi zawodowej. Dla aktora był to jedynie przystanek w drodze do wielkiej kariery telewizyjnej.
Choć Wolff rzadko wraca do tych wspomnień, w jednej z nielicznych wypowiedzi dotyczących jego „muzycznej kariery” (udzielonej przy okazji retrospektywy jego wczesnych filmów), aktor przyznał z charakterystycznym dla siebie dystansem:
– W tamtych latach, jeśli odniosłeś sukces jako młody aktor, natychmiast stawałeś się własnością studia. Agenci mówili: 'Christian, masz twarz, masz nazwisko, teraz musisz mieć głos’. Nagranie tej płyty z Bertem Kaempfertem było przygodą, ale nigdy nie czułem się piosenkarzem. Czułem się aktorem, który udaje, że śpiewa. Może dlatego na jednym singlu się skończyło – las wołał mnie głośniej niż estradowe światła”.
Niedługo potem Wolff skupił się całkowicie na aktorstwie, co dekady później przyniosło mu status ikony niemieckiej telewizji dzięki roli leśniczego Martina Rombacha w serialu „Forsthaus Falkenau”. Dla milionów widzów stał się twarzą spokoju i miłości do natury, a o jego krótkim flircie z mikrofonem zapomniano.
Dziedzictwo białego kruka
Dla dzisiejszego słuchacza ta płyta jest czymś więcej niż tylko ciekawostką. To zapis momentu, w którym niemiecki pop szukał swojej tożsamości pomiędzy amerykańskim rock’n’rollem a tradycyjnym sentymentalizmem. To także dowód na to, że nawet „jednostrzałowcy” potrafili nagrywać rzeczy stylowe, jeśli tylko mieli szczęście pracować z takimi mistrzami jak Kaempfert.
Oryginalne wydanie „Komm doch mit / Einsame See” osiąga na aukcjach kolekcjonerskich ceny rzędu kilkudziesięciu euro, co jak na zapomniany singiel schlagrowy jest wynikiem imponującym. Dla historyków muzyki to dowód na to, jak potężna była synergia kina i fonografii w powojennych Niemczech.
Dziś, gdy Christian Wolff cieszy się statusem nieco zapomnianej już niemieckiej legendy ekranu, jego jedyny winyl pozostaje pięknym, zakurzonym przypisem do kariery człowieka, który podobno wiedział, kiedy zejść ze sceny.
