Rok 1978 odcisnął spore piętno na mojej muzycznej edukacji – wtedy właśnie dostałem swój pierwszy prawdziwy magnetofon i zaczęła się przygoda z nagrywaniem płyt (głównie z audycji programu 3 Polskiego Radia). A jakże, był to wielki i ciężki jak przenośna wyrzutnia rakiet czterościeżkowy legendarny Grundig, a do tego cała sterta 30, 60 i 90-minutowych czarnych pachnących muzyką taśm, dzięki którym drzwi do świata rocka i rock’n’rolla stanęły przede mną otworem.
Tak się wówczas złożyło, że dwóch kumpli też było zaopatrzonych w podobne uzbrojenie, a jeden z nich szczególnie interesował się tzw. rockiem progresywnym i to od niego przegrałem sobie płytę zespołu Genesis. Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy zabrzmiały dźwięki pierwszego utworu, pamiętam nawet dreszcz, o jaki mnie przyprawiły. Nie znałem wtedy angielskich tytułów piosenek, nawet nie byłem pewny o jaką płytę chodzi. Kto wówczas znał angielski i mógł zanotować poprawnie tytuł albumu, ale to właśnie przynajmniej dla pierwszych dwóch piosenek („Down And Out” i „Undertow”) warto tę płytę posłuchać z prawdziwego winyla.
Płyta, o jakiej mówię, to …And Then There Were Three…, wydana 31 marca 1978 roku. Genesis nagrali ją już jako trio Phil Collins/Mike Rutherford/Tony Banks (do czego zresztą odwołuje się tytuł albumu: I zostało ich trzech). To z tej płyty pochodzi pierwszy wielki hit grupy „Follow You, Follow Me” (jak dla mnie wcale nie jest na tym krążku najlepsza), który przedostał się poza grono fanów zespołu i wzbudził zainteresowanie szerszej publiczności. Sam album został uznany za taki sobie, będąc raczej ostatnim akordem progresywnych brzmień, kiedy Genesis skręcali w kierunku bardziej popularnej muzyki rockowej (co wyraźnie wybrzmiewa np. w trzecim utworze z pierwszej strony). I choć na innych płytach tej grupy mam kilka ulubionych utworów (np. „One for the vine” z albumu Wind & Wuthering) to jednak …And Then There Were Three… jest dla mnie bardzo ważną płytą i to właśnie ją postanowiłem dołączyć do swojej winylowej kolekcji.
W posiadaniu mam oryginalne pierwsze brytyjskie tłoczenie z 1978 roku (numer katalogowy CDS 4010) z piękną okładką typu gatefold, czyli rozkładaną.
Okładka


Po rozłożeniu otrzymujemy teksty wszystkich piosenek i logo grupy w postaci świecącego neonu.


Etykiety
Moja płyta ma bardzo charakterystyczne etykiety, które występują tylko przy pierwszym tłoczeniu:


Drugie tłoczenie brytyjskie ma inną etykietę (jak poniżej) w dwóch wariantach: z logiem Virgin (po prawej) i bez loga Virgin (po lewej).


Matryce
Moja płyta ma następujące numery matryc: CDS4010 A//4 T 1 6 8 (strona 1) i CDS4010 B//5 T 1 4 11 (strona 2), ale zgodnie z portalem Discogs można spotkać płyty z całą masą różnych kombinacji, np. -1 T / -4 T, -4 T / -1 T, -4 T / -4 T aż do numerów -8 i -9.
Na moim egzemplarzu na stronie 1 w obszarze końcowym jest też wydrapane słowo BANG.