Z cyklu „co bym zabrał ze sobą na bezludną wyspę” przyszła mi do głowy lista ukochanych albumów płytowych, bez których nie wyobrażam sobie życia. Każdy z nich wywarł w swoim czasie ogromny wpływ na moją wrażliwość oraz sposób postrzegania świata i do dzisiaj regularnie ich słucham. Choć każdy z nich znam na pamięć to i tak mam gęsią skórkę kiedy po raz kolejny słyszę akordeon w „Neighborhood #2 (Laika)” zespołu Arcade Fire, niespokojne klawisze otwierające „The logical song” grupy Supertramp czy niesamowity rytm w genialnym kawałku „Children Of Sanchez” Chucka Mangione.
Płyty pochodzą z różnych dekad, różnych gatunków i różnych emocji. Niektóre utwory do dzisiaj wyciskają łzy, przy innych chce się skakać. Część z nich słuchałem nocami w radiowej Trójce, inne kojarzą mi się z szumem przewijającej się szpuli na wspaniałym czterościeżkowym Grundigu. Ta muzyka pachnie winylami i brązową taśmą magnetofonową. Przypomina mi ciężar walizkowego magnetofonu, dźwiganego dzielnie do kolegi, aby przegrać płyty Genesis lub Yes.
Zdaję sobie świetnie sprawę, że część z tych płyt jest dla dzisiejszego słuchacza totalnym antykiem, ale kto dzisiaj potrafi tak śpiewać jak choćby Ian Anderson lub grać na gitarze jak Mark Knopfler? A propos tego ostatniego, na mojej liście znajdują się aż 4 płyty, gdzie gra ten najwspanialszy moim zdaniem gitarzysta wszechczasów – ta czwarta to „Slow train coming” Boba Dylana. W sumie każda płyta Dire Straits lub Marka Knopflera mogłaby się znaleźć na tym zestawieniu, ale gdybym musiał decydować to wybrałbym właśnie te.
Dawno temu kilka tych płyt miałem na własność i każda z nich miała swoją historię. I tak „Machine Head” Deep Purple kupiłem od kumpla bo ją upuścił i krążek był odłamany z brzegu. NIby lipa, bo „Highway Star” zaczynał się dopiero od drugiej minuty, ale i tak przecież chodziło o tę solówkę na gitarze, przy której wszystko przestawało się liczyć (na szczęście zaczynała się dopiero w 4-tej minucie).
Oprócz przywożonych zza granicy winyli, jednym źródłem tej muzyki była radiowa Trójka, a przede wszystkim wspaniałe audycje Piotra Kaczkowskiego. Niestety nie zawsze dało się wszystkie zarejestrować. Z tego powodu np. płytę „Skynyrd’s First and… Last” przez lata miałem tylko w kawałku, bo kumplowi taśma się skończyła podczas nagrywania, a całość dostałem dopiero 20 lat później gdy znalazłem CD z tym albumem w sklepie muzycznym w Lublinie. Nota bene tej płyty nie znajdziesz na Spotify, gdyż to bardzo rzadkie wydawnictwo w historii tej grupy.
Wybór 20 płyt z okresu od lat 60-tych do teraz jest niezwykle trudny, subiektywny i nie oddaje całości zjawiska, który można określić mianem „moja muzyka”. W szerszym zestawieniu umieściłbym pewno jeszcze dwie inne płyty The Beatles (na pewno „Revolver”!), a także albumy grup Rush („Moving Pictures”), Budgie („Budgie”), The Police, Dead Can Dance, Jethro Tull, Mumford & Sons, Republiki („Nowe sytuacje”), Paula McCartney’a, Mike’a Oldfielda, Phila Keaggy, Michaela Carda lub duetu Angus & Julia Stone. Do poniższego zestawienia wybrałem jednak te, które powodowały przyspieszone bicie serca i odegrały ważną rolę w moim życiu.
I nie, wcale nie uważam, że „Dark Side of the Moon” jest najlepszą płytą Pink Floyd – o wiele bardziej klimatycznym krążkiem jest dla mnie „Wish you were here” i można go słuchać wielokrotnie bez znużenia. To samo dotyczy grupy Yes i jej płyty „Tormato”, która od kilku dekad nie znudziła mi się w ogóle, a „Don’t Kill The Whale” jest dla mnie jednym z najlepszych utworów kiedykolwiek napisanych.
Być może zaskoczeniem może być obecność na tej liście totalnie oldskulowej płyty Krzysztofa Klenczona i zespołu Trzy Korony, ale w swoim czasie to były dla mnie taki hit, że do dzisiaj często do tamtego krążka wracam i cały czas wzbudza on te same emocje.
Bez tych płyt nie da się żyć. To moja absolutnie ukochana i całkowicie nieobiektywna Top Dwudziestka wszechczasów (w przypadkowym porządku).
1. Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band – The Beatles *
2. Tormato – Yes *
3. And there were three – Genesis *
4. Wish you were here – Pink Floyd *
5. Skynyrd’s First and… Last – Lynyrd Skynyrd (płyta niedostępna na Spotify) *
6. Machine Head – Deep Purple *
7. Breakfast in America – Supertramp
8. Danger money – UK (płyta niedostępna na Spotify)
9. Equinoxe – Jean Michel Jarre
10. Slow train coming – Bob Dylan
11. Brothers in Arms – Dire Straits *
12. Golden heart – Mark Knopfler *
13. Sailing to Philadelphia – Mark Knopfler *
14. Live in Dublin – Bruce Springsteen with The Sessions Band
15. Krzysztof Klenczon i Trzy Korony – Krzysztof Klenczon i Trzy Korony *
16. Funeral – Arcade Fire *
17. Relish – Joan Osborne *
18. Live killers – Queen *
19. Children of Sanchez – Chuck Mangione
20. In Warsaw – Locomotiv GT (płyta niedostępna na Spotify) *
* Czerwona gwiazdka oznacza, że mam tę płytę w swojej kolekcji na winylu i możesz o niej poczytać w sekcji MOJE WINYLE.
I jeszcze jedno. Nie ma w tym zestawieniu płyty, która powinna być ale… nigdy się nie ukazała. Jest nią zapis wyjątkowego świątecznego koncertu Stinga „A Winter’s Night… Live from Durham Cathedral”, nagranego w 2009 roku w katedrze Durham w miejscowości Newcastle-upon-Tyne w północnej Anglii. Materiał niestety ukazał się wyłącznie na płycie DVD 🙁 Koncert ten podoba mi się bardziej niż płyta, z jakiej pochodzi większość granych wtedy utworów). Tak czy inaczej muza z tego wydarzenia jest w żelaznym repertuarze grudniowo-styczniowym i nic tego nie zmieni.
Podziel się swoją opinią